poniedziałek, 25 lipca 2011

spokój?

czas jest w moim postrzeganiu czymś niemożliwym do ogarnięcia. czas potrafi zmieniać ludzi- zewnętrznie i wewnętrznie. wpełza do naszych domów, serc, układa wszystko tak jak chce, nie pytając nikogo o zdanie. jest bezlitosny. to dziwne, bo wczoraj ktoś nam bliski siedział obok, żartował, kłócił się, a dzisiaj dowiadujemy się, że jest szpitalu, że nie jest w najlepszym stanie. szok! no przecież wczoraj jeszcze się z nim przywitałam. wszedł do pokoju i z teatralnym gestem uścisnął mi rękę. będzie dobrze, musi być- moja mantra w takich sytuacjach.
wczorajszy dzień spędzony z osobą, którą kocham nad życie. kocham go całą sobą. całym sercem.on nawet nie wie, kim dla mnie jest. on nie może tego wiedzieć, bo nawet ja tego nie wiem. po prostu nie potrafię tego objąć, opasać moim rozumem...
sobota- wieczór z O. uwielbiam z nią spędzać czas. uwielbiam każdą chwilę z nią. mogę siedzieć i słuchać, nie muszę się odzywać, wiem, że ona tego ode mnie tego nie wymaga. podziwiam ją za tą mądrość, za wiedzę, jaką posiada o ludziach. wszystko, co powie uświadamia mnie, że "no tak, przecież naprawdę tak jest, o rany ona ma rację!" jeszcze raz to powiem! uwielbiam, uwielbiam uwielbiam jej słuchać! zdaję sobie sprawę, że nie jestem najlepsza w pocieszaniu i wytłumaczeniu tego i owego i strasznie mi z tego powodu głupio, bo chciałabym być dla niej tym, kim ona jest dla mnie. pomaga mi jak nikt. a teraz kilka efektów naszego poprzedniego spotkania, które zakończyło się półgodzinnym albo i dłuższym staniem w klatce jednego z bloków i oczekiwaniem na koniec BURZY: